Dolina Chochołowska - KROKUSY 2016

Mieliście już okazję zwiedzić Dolinę Chochołowską? Jeśli nie, to polecam Wam wybrać się tam wczesnowiosenną porą. To właśnie teraz podczas ...

Mieliście już okazję zwiedzić Dolinę Chochołowską? Jeśli nie, to polecam Wam wybrać się tam wczesnowiosenną porą. To właśnie teraz podczas kilkugodzinnej wędrówki możecie podziwiać ogromną ilość pięknych krokusów (rok temu krokusy pojawiły się pod koniec kwietnia, dwa lata temu w połowie marca, więc musicie być czujni ;)). Na rozbudzenie wycieczkowego apetytu podzielę się z Wami moimi zdjęciami. Poopowiadam też o tym, co mnie zaskoczyło w trakcie drogi.




Pomysł wyszedł od moich rodziców. W niedzielny poranek zjawili się w mojej krakowskiej kawalerce razem z najmłodszą siostrą. Mimo zaledwie dwóch lub trzech godzin snu, miałam w sobie całkiem pokaźną ilość energii (przysypiać w samochodzie zaczęłam dopiero w drodze powrotnej). Wynikało to zapewne z tego, że już od dawna nie ruszałam się nigdzie poza Kraków i Mielec.




Na miejscu byliśmy około godziny 9:00. Zanim jednak zaczęliśmy naszą wycieczkę na dobre, musieliśmy zmierzyć się z dwoma kolejkami: jedną prowadzącą na parking i drugą do kas. Ilość osób chętnych do oglądania i fotografowania krokusów była naprawdę pokaźna. Jeżeli wolicie unikać tłumów (i tu możemy przybić sobie piątkę!), w miarę możliwości nie wybierajcie się do Doliny Chochołowskiej w weekendy. Na tygodniu na trasie będzie zdecydowanie spokojniej. Na jednym z portali pracownicy oszacowali, że tylko w ostatnią sobotę i niedzielę tę samą drogę, co my pokonało nawet 20 tysięcy ludzi, w tym tylko 13 tysięcy... kupiło bilety. Niestety sama byłam świadkiem tego, jak dziesiątki osób (w tym całe rodziny) dostawały się na właściwy szlak bokiem, przez las, przechodząc tuż obok chatki, w której znajdowały się kasy. My grzecznie przekroczyliśmy szlaban około godziny 11:00, wydając po 5 zł za normalny bilet i podjadając białe oscypki, które sprzedawano przy drodze tuż obok stoisk z tymi samymi pamiątkami od lat: małymi ciupagami, bransoletkami wykonanymi z muliny z popularnymi imionami, wełnianymi skarpetami, plastikowymi okularami przeciwsłonecznymi (w promocji za 5 zł) i poduszkami z naszytymi owieczkami na polach (pod tym względem nic nie zmieniło się od czasów moich dawnych wycieczek do Zakopanego ;)).








Pogoda była wspaniała. Cały czas słońce mocno nas ogrzewało, niebo było bezchmurne. Tata przygotowywał nas na całkiem inną pogodę, dlatego po godzinie zaczęłam żałować, że nałożyłam na siebie aż cztery warstwy ubrań (a piątą zawiązałam na biodrach).






Już po kilku minutach marszu - mijając kolejne stoiska z oscypkami z grilla - zobaczyliśmy pierwsze krokusowe polany. Tutaj także organizowano atrakcje dla dzieci (malowanie krokusów na twarzy) i konkurs na najładniejsze zdjęcie krokusa.

Tata pierwszy zaczął polowanie na krokusy

Ja (ta czterowarstwowa kulka po lewej) dołączyłam po chwili. fot. Tata






Najładniejsze widoki czekają na Was jednak trochę później, mniej więcej w połowie zielonego szlaku. Tam też możecie podejść do krokusów naprawdę blisko i pobawić się w makrofotografów.









Ponownie doradzam Wam zwiedzanie w ciągu tygodnia, ponieważ tłumy ludzi skutecznie mogą odwieść Was od całkowitego skupienia się na fotografowaniu. Zamiast tego możecie złapać się na tym, że spędzicie mnóstwo czasu na obserwowaniu ludzi, którzy - mimo zakazów kierowanych ze strony wolontariuszy - wchodzili poza wyznaczony teren. Wiele krokusów padło niestety ofiarą nieostrożonych turystów, skaczących po polanie dzieci i par/rodzin, które siadały lub kładły się pomiędzy kwiatami, by zrobić sobie urocze selfies.





Wyzwaniem dla wielu osób stało się pokonanie drugiej połowy szlaku. Asfaltowa droga ustąpiła miejsca oblodzonym kamieniom, a następnie lodowiskom. Wiele osób traciło równowagę lub wywracało się, obijając sobie kości ogonowe. Ja patrzyłam z podziwem (i lekkim przerażeniem) na rodziny, kóre dzielnie popychały ciężkie wózki ze swoimi niemowlętami. Trasę musiały pokonywać niestety także bryczki. Konie miały duże problemy zarówno z wciągnięciem turystów na górę, jak i zejściem. Ich kopyta dosłownie ześlizgiwały się po powierzchni. Ten odcinek szlaku nie jest dobrze zabezpieczony na całej długości, dlatego dla Waszego bezpieczeństwa polecam jednak przemierzenie szlaku na piechotę (jest w miarę łagodny także dla dzieci). Pakowanie się do ciężkiej bryczki nie będzie komfortowe ani dla Was, ani dla zwierząt.













Około 14:00 dotarliśmy do celu. W schronisku możecie zjeść ciepły posiłek lub kupić w automacie coś zimnego do picia. Na zewnątrz na polanach jest mnóstwo miejsca do wypoczynku. Możecie zabrać ze sobą koce i koszyk piknikowy, żeby odpocząć i w pełni nacieszyć się widokiem ośnieżonych szczytów i kolejnych krokusowych dywanów.




Na szlaku pojawiło się bardzo dużo małych i dużych psów.




Zabawy w śniegu z kolejnym urocznym mini piesełem - bardzo towarzyskim Colą :)







Z Jackiem możemy na pierwszy rzut oka wyglądać trochę niewyraźnie, ale naprawdę byliśmy tu bardzo zadowoleni :D
fot. Tata


Zostawiam Was z resztą zdjęć. Jeżeli zwiedziliście Dolinę Chochołowską, pokażcie swoje zdjęcia w komentarzach pod wpisem lub na Facebooku! :)
















You Might Also Like

2 komentarzy